Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 513 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zabójczy lek na całe zło

piątek, 26 sierpnia 2011 11:44

„Broda” lekarstwem na całe zło! „Despero” – całym złem. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie, przyglądając się działaniom wymiaru sprawiedliwości, „prowadzonego” do źródła zła przez skruszonego gangstera Piotra K. pseudonim „Broda”. Przypomnijmy –  świadek koronny „Broda” jest uważany przez prokuraturę za jednego z najważniejszych przedstawicieli rozbitego gangu pruszkowskiego (zarząd), a więc jego zeznania mają niewiarygodnie wielką wartość dowodową. I nic to, że ludzie związani z Pruszkowem zaprzeczają, jakoby „Broda” był kimś ważnym w tej strukturze. Ma papiery oficjalne, więc gra swoją rolę. I gra ją skutecznie. Rzecz w tym, że na podstawie zeznań tego gangstera udało się na razie zatrzymać słynnego policjanta Sławomira O., bohatera serialu dokumentalnego „Prawdziwe psy”, będącego pierwowzorem filmowej postaci „Despero” (granej przez Marcina Dorocińskiego). 

 

Najpierw „Broda” poinformował prokuratora, że O., przyjmował pieniądze od Pruszkowa, oczywiście w zamian za jakieś usługi. Jakie? Nieważne. Glina na pasku gangsterów zawsze się przyda. To chyba oczywiste. I nieważne, iż koledzy O. ze służby zapewniają, że to niemożliwe – że status materialny policjanta nigdy nie wzrósł (eufemizm!) do poziomu, który by stawiał pod znakiem zapytania jego uczciwość wobec i firmy, i społeczeństwa.

 

Ale to nie koniec – teraz okazało się (to samo źródło informacji), że Sławomir O. brał udział w przygotowaniach do zamachu na szefa Policji Marka Papałę. Wprawdzie sam do generała nie strzelał, ale pomagał Rosjanom, którzy wykonali brudną robotę.

 

Dowody? No... Przekonamy się, ale na razie żadne uwiarygodnienie tego dość karkołomnego oskarżenia nie dotarło do opini publicznej.

 

A tak w ogóle, skoro już mamy Sławomira O. pod kluczem, a „Broda” gotów jest dalej ujawniać to co wie, to może dodajmy warszawskiemu policjantowi kilka innych spraw. Na przykład zamach na prezydenta Narutowicza. Albo Kennedy'ego. O papieżu nie wspomnę, choć zamachowiec Ali Agca cały czas podkreśla, że nie ujawnił jeszcze wszystkiego.

 

Ok, to są może niesmaczne żarty z mojej strony, ale przypisywanie O. wszystkich grzechów tego świata wydaje się szyte grubymi nićmi. Wierzę, że śledczy słuchając „Brodę” i podając to i owo do wiadomości opinii publicznej, mają świadomość, z kim grają. I swoje wiedzą. I, jak u Świętego Pawła, prawda zwycięży.


Podziel się
oceń
333
20

komentarze (51) | dodaj komentarz

Czy Rembrandt był Polakiem?

czwartek, 12 maja 2011 12:28

Raczej nie, ale miał silne związki z Polską, a konkretnie – z Gdańskiem, o czym pewnie niewielu wie... Ale właściwie dlaczego ja o tym wspominam na moim kryminalnym blogu? Czy może Rembrandt obrobił bank i musiał uchodzić znad Wisły do Niderlandów? Czy miał zarzuty bądź apelował? Zabił kogoś, uszkodził?

 

Wyjaśniam: dziś w księgarniach pojawia się moja nowa książka pt. „Zemsta Fahrenheita” – jest to kontynuacja „Zdrady Kopernika”; książki, o której rok temu życzliwie wspomniała Witrualna Polska. Przypomnę – bohaterem „Zdrady” jest warszawski wydawca Łukasz Dybowski, któremu życie uprzykrza włoski mafiozo – Stefano Parezzo. W „Zdradzie” mafia starała się zdobyć egzemplarz „Narratio prima”, dzieła ujawniającego teorie kopernikańskie, na którym nasz wielki astronot, w obawie przed inkwizycją, wyrzekł się swej wiary w obroty ziemi. Jeśli taka księga istniałaby, mogłaby na czarnym rynku antykwarycznym osiągnąć zawrotną wartość. 

 

W „Zemście Fahrenheita” mamy nieznany obraz Rembrandta, który... Ale nie będę uprzedzał wypadków – zdradzę tylko tyle, że z owym dziełem ma wiele wspólnego gdański fizyk Daniel Gabriel Fahrenheit (słyszeliście o jego skali pomiaru temperatur? Jasne, że słyszeliście! A, że się urodził nad Wisłą wiedzieliście?). No, i Dybowski znów będzie musiał stawić czoła międzynarodowym organizacjom przestępczym – znaczna część akcji rozegra się w Gdańsku (jakoś tak dziwnie „znosi” mnie w stronę tego miasta). Bo wyobraźcie sobie, ile musiałoby kosztować nieznane arcydzieło Rembrandta! Ktoś powie: zależy, co przedstawia. Już mówię: Gdańsk. A konkretnie Bazylikę Mariacką. I to w środku. A w tym środku... jego żona, Saskja wraz z siostrą, czyli Antje. Obie dziewczyny zostały bowiem wychowane przez swego kuzyna, Hendricka, słynnego marszanda, który... pracował najpierw w Krakowie, a potem osiadł w Gdańsku. Druga z sióstr, czyli Antje, wyszła za mąż za wybitnego polskiego teologa Jana Maccoviusa, wykładowcę w gdańskim Gimnazjum. Wspomniany Hendrick kupował obrazy dla polskich królów (szkoda, że zawierucha wojenna pozbawiła nas wiele z tych dzieł) i to on wylansował Rembrandta. To tyle, jeśli chodzi o „polskość” wielkiego malarza.

 

Oczywiście, oprócz tła historycznego, reszta jest czystą sensacją, jak to zresztą u mnie... Ale od pewnego czasu coraz bardziej podoba mi się łączenie wątków historycznych z mafijnymi przekrętami i akcjami służb specjalnych. Dzięki temu historia staje się atrakcyjniejsza, a kryminał bardziej.... zacny. 

 

Tak czy inaczej, zapraszam do lektury „Zemsty Fahrenheita”.

 


Podziel się
oceń
203
11

komentarze (51) | dodaj komentarz

Lepszy facet własny niż ten, który płaci

czwartek, 07 kwietnia 2011 12:56
Reakcja na mój wpis, dotyczący handlu żywy towarem, przeszła moje najśmielsze oczekiwania – przeczytało go prawie sto tysięcy osób, a komentarze, które wciąż spływają, cały czas czytam. I jestem bardzo poruszony.

Miałem wprawdzie poczucie, że temat ten zawsze wywołuje gorące emocje, ale nie sądziłem, że aż w takim stopniu. I, że niemal każdy z wypowiadających się ma tak dobrze wyrobioną opinię w tej kwestii. Przyznam, że ja, który tę sferę badam od lat (nawet napisałem o tym książkę pt. „Łowca ciał”) i wysłuchałem wielu relacji ofiar międzynarodowych szajek stręczycieli, nie mam tak dobrze zdefiniowanej opinii. A już na pewno jak najdalszy jestem od od podzielania poglądów, że kobiety są same sobie winne, bo lecą na kasę, za nic mają zasady moralne i gotowe są na wszystko, byle trafić do lepszego świata. To trochę bardziej skomplikowane. Rzeczywiście, wiele kobiet, szczególnie z tej rozwiniętej gospodarczo części świata, do której w jakimś tam stopniu i my należymy, trafia do burdeli nie tyle na własne życzenie, ile mając możliwość uniknięcia tego losu. Jednak kobiet, wywodzących się z krajów biednych (Afryka) bądź ogarniętych wojną, jak choćby Kaukaz czy jeszcze nie tak dawno temu Bałkany, najczęściej nikt o zdanie nie pyta. Są częścią wielkiej obyczajowej machiny, w której rola kobiety sprowadza się do wykonywania poleceń. Jedna z internautek, Agata, napisała mi: „Większość z tych kobiet jak je ładnie nazwałeś żywy towar jest porywana, bita, katowana, są zastraszone i gwałcone. Gratuluję podejścia do tematu i stwierdzenie iż kobiety podejmują takie działania z desperacji bądź naiwnej chęci zysku”. Odpowiadam: Droga Agato, nie bądź nieuczciwa, i nie przypisuj mi intencji, jakich nie miałem. Doskonale wiem, jaki jest los kobiet, które trafiają w szpony handlarzy żywym towarem. Piszesz, że są bite i gwałcone. Dodam jeszcze, że bywają zabijane, często śmierć następuje w wyniku tortur czy zagłodzenia (polecam książkę Mishy Glenny'ego „McMafia”). Chodziło mi tylko i wyłącznie o to, że w wielu przypadkach kobieta może uniknąć piekła – musi wykazać się instynktem samozachowawczym i nie odpowiadać na oferty pracy, które na sto kilometrów śmierdzą szwindlem. Być może jest to kwestia braku odpowiedniej edukacji; wiem, że policja współpracuje z La Stradą przy opracowywaniu programów prewencyjnych, ale często te działania pozostają jedynie na papierze.

Na koniec chciałbym się odnieść do wpisu pani o nicku Sweete – wynika z niego, że autorka uprawia tzw. najstarszy zawod świata (swoją drogą chciałbym, aby ktoś mi uzasadnił słuszność tego powiedzenia). Pani Sweete opisuje swoich klientów jako żałosne kreatury, które nie dość, że cynicznie zdradzają ciężarne żony, to jeszcze robią to nieudolnie, bez finezji i delikatności (nie wspominając o braku higieny), jedynie z myślą o własnej przyjemności. Łaskawa Pani, przecież wybierając tę drogę życiową nie liczyła Pani chyba na przyjemność, płynącą z seksu z klientem. Oczywiście, jestem w stanie wyobrazić sobie, że nie są to kochankowe najwyższych lotów i że nie przychodzą do Pani z myślą o satysfakcji partnerki. Ale na Miłość Boską – świadcząc im usługi, Pani nakręca ten biznes! Czy nie lepiej znaleźć faceta, który będzie należał tylko do Pani, i z którym przeżyje Pani to, czego nie dają – i nie dadzą – klienci agencji towarzyskich?
Serdecznie Pani tego życzę.


Podziel się
oceń
176
11

komentarze (28) | dodaj komentarz

Piekło kobiet

wtorek, 05 kwietnia 2011 15:36
Kobiety jeszcze nigdy nie były tak tanie... – ta bulwersująca konstatacja jest tematem przewodnim raportu, jaki ukazał się w najnowszym numerze „Śledczego” – magazynu, któremu mam przyjemność szefować. I ani słowa więcej o tym piśmie, bo niniejszy blog nie jest trybuną do promowania biznesowych przedsięwzięć (a gazeta, choćby nie wiem jak misyjna, zawsze będzie liczyła na zysk – z tego, choć niekoniecznie po to, istnieje).

O co chodzi? Kobiety, zwane fachowo żywym towarem (Boże, jak ja nienawidzę tego określenia, choć akurat dla uzmysłowienia okrucieństwa i cynizmu handlarzy jest w pełni uzasadnione) straciły na wartości, czyli sutenerzy oferują je tak tanio jak nigdy. Ekonomista powie: jest podaż, trzeba być elastycznym przy ustalaniu ceny. Rzecz w tym, że owe tanie kobiety – podejmujące niebezpieczną grę z alfonsami, bądź to z desperacji, bądź to z naiwnej chęci zysku – przynoszą większe zyski niż kiedykolwiek. Co to oznacza? Oznacza, że popyt na płatną miłość rośnie w zastraszającym tempie, generując powstawanie coraz to nowych grup, składających się na ogólnoświatową mafię, specjalizującą się w handlu żywym towarem. Tym samym kobiety, które trafiły do sutenerskiego piekła będą w nim traktowane coraz gorzej; ich zdrowie czy życie przestanie mieć jakąkolwiek wartość. Nie mówiąc już o godności. Bo przecież w kolejce do piekła czekają kolejne dziewczyny, nie tyle gotowe na wszystko, ile święcie przekonane, że czeka ich los, jaki sobie wymarzyły.

Dlatego warto sto razy zastanowić się nad ofertą świetnie płatnej pracy hostessy czy modelki w jakimś odległym kraju. Być może większość obietnic ma pokrycie w rzeczywistości. Ale pewna ich część to droga na dno. Dno, którego można uniknąć jeśli wykaże się choć odrobiną instynktu samozachowawczego.

Podziel się
oceń
164
8

komentarze (110) | dodaj komentarz

Profilowanie kryminalne

środa, 23 lutego 2011 12:22
Kilka dni temu miałem przyjemność wystąpić w radiu Tok FM z „pogadanką” na temat profilowania kryminalnego. Pretekstem było ukazanie się książki słynnego profilera Paula Brtittona „Profil mordercy” – psychologa, którego gwiazda przez wiele lat świeciła jasnym blaskiem. Niestety, w 1992 roku Britton zanotował wpadkę (wytypował podejrzanego o zabójstwo modelki Rachel Nickell, któremu nie udało się jednak postawić zarzutów) i wypadł z obiegu.

Rzecz w tym, że wraz z jego upadkiem, pojawiła się cała rzesza krytyków profilowania kryminalnego, którzy zgodnym chórem zaczęli wygłaszać tezy, jakoby profilerzy niemal w niczym nie różnili się od wróżbitów i jasnowidzów, a ich analizy są wyssane z palca. Podobny zresztą pogląd wyrazili autorzy (praca zbiorowa) książki „50 wielkich mitów psychologii popularnej”. Przywołując przykład osławionego snajpera z Waszyngtonu (duet dwóch strzelców zabił dziewięć osób w 2002 roku) i nietrafionych analiz profilerskich, wpisali się w nurt krytyki.

Nie jestem profilerem, ale – jako redaktor „Śledczego” –przybywam w ich towarzystwie i mam możliwość obserwowania pracy biegłych w szerszym zakresie, niż tylko jakaś wybiórcza sprawa, która ma udowodnić nieprzydatność profilowania. I wiem, ile pożytecznej pracy – mam na myśli nasze polskie podwórko – wykonali policyjni psychologowie, wspierając śledczych w pogonie za sprawcami brutalnych zabójstw. Oczywiście – wiele profili „chybia celu”; zdarza się także, że sprawcy pozostawiają „podpisy”, które wyprowadzają nawet doświadczonych ekspertów w pole. Ale nie myli się ten, kto nic nie robi. Poza tym raporty profilerów nigdy nie stanowią dowodów (choć tak się dzieje w hollywoodzkich filmach), a jedynie poszlaki, tropy dla kryminalnych.

Tym, którzy krytykują, radzę więc bardziej wnikliwą lekturę materiałów spraw, w których pojawili się profilerzy – ich „wróżenie z fusów” naprawdę oparte jest na rzetelnej, naukowej wiedzy, a efekty – często imponujące. Na pytanie, gdzie szukać takich materiałów (jeśli nie pracujemy w ogranach bezpieczeństwa), podpowiadam: choćby w książce Jana Gołębiowskiego „Profilowanie kryminalne” czy Dariusza Piotrowicza „Negocjacje kryzysowe i policyjne” (wbrew pozorom, od profilowania do negocjacji bardzo niedaleko, przynajmniej w niektórych przypadkach).

Ciekaw jestem, czy Czytelnicy tego bloga, mają swoje zdanie w sprawie psychologów, którym hołd złożyli twórcy „Milczenia owiec”...


Podziel się
oceń
166
8

komentarze (35) | dodaj komentarz

sobota, 19 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  232 575  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O mnie

Artur Górski, pisarz sensacyjny, początkowo zwany polskim Ludlumem, a następnie polskim Danem Brownem. Chciałby kiedyś zostać polskim Arturem Górskim. Autor dziesięciu powieści kryminalnych i sensacyjnych. Najbardziej znane to: „Gucci boys”, „Łowca ciał”, warszawskie retro-kryminały „Al Capone w Warszawie” oraz „Al Capone w Berlinie” oraz najnowsza – „Zdrada Kopernika” (autor pracuje już nad kontynuacją). Jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „Focus Historia” – jako dziennikarz specjalizuje się w tematyce śledczej historycznej. Jest autorem wielu artykułów na temat międzynarodowej przestępczości zorganizowanej.

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 232575

Lubię to